Fot. Karol Kacperski Fot. Karol Kacperski

ORGANEK

Nazywam się Organek i w sercu mam ranę - symboliczne słowa związane z początkiem kariery solowej Organka dzisiaj choć jak mówi sam artysta, wciąż aktualne, nabierają nowego znaczenia. W rozmowie z Day&Night Organek opowiada m.in. o rozwoju swojej twórczości, ważnych dla niego muzycznych osobowościach, Męskim Graniu i najnowszym projekcie ØNA.

Od premiery „Czarnej Madonny” mijają już dwa lata. Album pokrył się złotem, a poprzedni „Głupi” – platyną. Poprzeczka wisi wysoko. Jak wyglądają Twoje plany czy też prace nad nowym albumem?

Obecnie już oba albumy osiągnęły status platynowej płyty. Mamy wgląd do ostatnich, najbardziej dokładnych zestawień sprzedażowych udostępnianych nam przez naszego wydawcę, Mystic Production. Oczywiście, to cieszy, daje satysfakcję, bo jest dowodem uznania ze strony słuchaczy. Niezwykle sobie cenię fakt, że ów ludzie kupili nasze płyty z legalnego źródła wydając na to swoje pieniądze. To uczciwe i honorowe podejście do pracy artysty, którego się lubi i ceni. Plany są takie, że dosłownie za moment wypuszczamy platynową reedycję Czarnej Madonny w postaci podwójnego albumu - na pierwszej płycie przypomnimy rzeczony album, natomiast druga zawierać będzie wszystkie piosenki, które się z nami kojarzą, a nigdy nie zostały zarejestrowane np. piosenki Edwarda Stachury czy Ta Nasza Młodość - wszystko w nowych wersjach. Do tego dwa, nowe, niepublikowane dotąd utwory. Tym samym zamkniemy pięcioletnie dokonania zespołu Organek, a nową płytą w przyszłym roku rozpoczniemy nowy, trochę bardziej współczesny etap zespołu.

„Nazywam się Organek i mam w sercu ranę” – te słowa silnie kojarzą się z początkiem Twojej solowej drogi. Czy nadal masz w sercu ranę? Jak zmieniłeś się jako muzyk od tamtego momentu?

Rana jest warunkiem mojej kreatywności, więc mam nadzieję, że pozostanie tam na zawsze. To taka metafora pewnej wrażliwości, emocjonalności cechującej ludzi, którzy coś tworzą, artystów. Trzymając się anatomii, rana to takie moje trzecie oko w głowie, którym potrafię zobaczyć trochę więcej, coś, co drga pod powierzchnią. Jeżeli chodzi o kwestie muzyczne, to nabrałem olbrzymiego doświadczenia koncertowego przez te pięć lat. Mimo że na scenie jestem już od piętnastu, to ten ostatni etap dał mi więcej niż jakiekolwiek inne doświadczenia. Rocznie gramy po sto koncertów, ostatnie lata to wielkie sceny, prestiżowe festiwale, tysiące ludzi na koncertach, współpraca z wybitnymi muzykami, tego nie da się zastąpić niczym. Trzeba przez to przejść i wyciągnąć z siebie jak najwięcej.

Tego lata pożegnaliśmy wybitną osobowość ze świata muzyki, bliską również Tobie. Kora była niewątpliwie ikoną rodzimej popkultury. Opowiedz o Waszej relacji i muzycznej współpracy.

Tak, to bardzo smutny rok dla polskiej kultury i dla mnie prywatnie. Oprócz Kory pożegnaliśmy chwilę wcześniej również bliskiego mi Roberta Brylewskiego, Grzegorza Grzyba, Tomasza Stańkę. Z Korą łączyła mnie relacja zupełnie wyjątkowa. Po zakończeniu prac nad utworem Czarna Madonna, jasnym było, że musimy opatrzyć go obrazem. Bardzo szybko zrozumiałem, że jedyną kobietą, która siłą swojej osobowości jest w stanie udźwignąć rolę Madonny - archetypu kobiety do której odwołuję się w piosence - może być tylko i wyłącznie Kora. Negocjacje z Korą wziąłem na siebie ja. Wytłumaczyłem jej dlaczego to ona powinna przyjąć tę rolę. Zgodziła się. Na planie zdjęciowym klipu w reżyserii Jerzego Skolimowskiego, Kora zaraz po włączeniu kamery stała się Madonną. To była bardzo poruszająca chwila i nigdy jej nie zapomnę. Atmosfera na planie była zupełnie magiczna. To pewnego rodzaju epitafium dla niej.

Kora to także ucieleśnienie „Czarnej Madonny”…

Nigdy nie chciałem, żeby ten tekst odbierać dosłownie. Nie o to w nim chodzi. To swego rodzaju modlitwa skierowana do kobiety, którą się kocha, czyli ubóstwia, stawia na piedestał. Stąd tytuł  Czarna Madonna, aczkolwiek chodzi tam tylko i wyłącznie o relację męsko damską.

Mieliśmy okazję gościć Cię w Rzeszowie, dokładniej w klubie LUKR pod koniec 2017 roku. I nagle na scenie pojawiła się Kora…

Tak, to miejsce objawiło się zupełnie naturalnie. Kora i Kamil mają dom na Roztoczu, więc Rzeszów, a już na pewno klub LUKR, prowadzony przez wieloletniego przyjaciela Maanamu i Kory, Roberta Wróbla, był idealnym miejscem kolejnego naszego spotkania. Kora pojawiła się na scenie po koncercie, ale najpiękniejsze rzeczy wydarzyły się za sceną. Spędziliśmy niezapomniany wieczór pełen bardzo prywatnych  i ważnych rozmów. „Czarna Madonna”, „Missisipi w Ogniu” – te utwory poruszają ważne kwestie i wywołują silne emocje. Co Cię inspiruje do tworzenia tak mocno zapadających w pamięć numerów i towarzyszących im teledysków? To pewnie banalne co powiem, ale ludzie, ich życia, emocje w nich zawarte. No ale warunkiem jest posiadanie tej rany w sercu, trzeciego oka w głowie. Najpierw trzeba zobaczyć to, co ukryte, pochowane. 

Męskie Granie okazało się hitowym przedsięwzięciem. Jak wyglądają przygotowania do trasy i czy znane są już szczegóły dotyczące edycji 2019?

Przygotowania zaczynają się z reguły wczesną wiosną i trwają praktycznie aż do pierwszego koncertu. Bycie dyrektorem muzycznym daje olbrzymie możliwości, ale też narzuca duży zakres obowiązków. Najpierw trzeba podpisać umowy z artystami, opracować repertuar, stworzyć orkiestrę, napisać aranżacje, napisać hymn, dogadać się z innymi frontmenami, przejść przez próby, dopracować oprawę sceniczną, no i jechać w trasę, żeby w każdym z siedmiu miast dać z siebie wszystko. Prace nad trasą MG 2019 jeszcze się na dobre nie zaczęły. Ludzie muszą odpocząć. Na razie sobie luźno rozmawiamy.  

Najnowszy projekt ØNA to nieszablonowe przedsięwzięcie muzyczne. Jego idea to zwrócenie uwagi na bardzo ważne kwestie, to głos kobiet. W przedsięwzięciu udział wzięli również doskonale znani artyści. Czy ideą tego wydarzenia był wymiar symboliczny czy społeczny? Jak doszło do jego realizacji?

Z pewnością oba. Symboliczny, jeżeli chodzi o genderową dekonstrukcję idei Męskiego Grania, zwrócenie uwagi na pewnego rodzaju wykluczenie niebezpiecznie zahaczające o lekki szowinizm. Poprosiliśmy kobiety, wyzbyte testosteronu i agresji, żeby opowiedziały nam wartościach uniwersalnych dla wszystkich bez względu na płeć. Społeczny zaś, bo poruszyliśmy bardzo aktualne tematy, takie jak wolność, demokracja, szacunek, tolerancja. Uważam ten projekt za jeden z najlepszych i najbardziej sensownych przedsięwzięć w historii naszego zespołu. Na scenie wsparły nas Katarzyna Nosowska, Katarzyna Groniec, Barbara Wrońska, Anita Lipnicka i Renata Przemyk. W materiałach video wsparły nas swym głosem i wizerunkiem Agnieszka Holland, Krystyna Janda, Magdalena Cielecka oraz Skin znana z zespołu Skunk Anansie.

Jesteśmy u progu nowego roku. Jak 2019 zapowiada się u Ciebie muzycznie? Jak podsumowałbyś 2018?

Rok 2019 to przede wszystkim praca nad trzecią płytą. Mam nadzieję, że przełomową, w tym sensie, że chcemy trochę przedefiniować Organka. Chcemy, żeby stał się nieco bardziej współczesny. Obecna stylistyka silnie nawiązująca do vintage i retro, mam takie silne przeświadczenie, już się wyczerpała. Powiedzieliśmy wszystko na ten temat i chcąc uniknąć zabrnięcia w ślepy zaułek, musimy wyraźnie skręcić w inną drogę. Jeszcze do końca nie wiem w którą stronę ale na pewno taki ruch będzie miał miejsce. Szczerze mówiąc nie mogę się już tej pracy doczekać.

Czego możemy spodziewać się tym razem podczas koncertu 26 października w LUKR?

Na szczęście nie mam pojęcia. Gdybym z góry miał wiedzieć takie rzeczy, zmieniłbym zaraz zawód.

Rozmawiała
MARIOLA SZOPIŃSKA-SĄDEK

 

Powrót na górę

GOŚĆ WYDANIA