Fot. Rafał Jedynak-Dagart Fot. Rafał Jedynak-Dagart

DAGART Z FRANCJI Z SIEDZIBĄ W RZESZOWIE

ROZMOWA Z DAGMARĄ KOWAL-HAZUKĄ, MARSZANDEM, ZAŁOŻYCIELKĄ PIERWSZEJ W RZESZOWIE GALERII SZTUKI DAGART, KTÓRA W TYM ROKU OBCHODZI SWOJE 3-LECIE ISTNIENIA W STOLICY PODKARPACIA, GDZIE ZOSTAŁA SPROWADZONA Z FRANCJI, KOLEBKI SZTUKI, MIŁOŚCI I MODY.

 

Jak rozpoczęła się działalność Galerie DAgArt? Początkowo galeria działała za granicą…

Tak. Początek DAgArtu to lata 2004-2005, kiedy mieszkałam we Francji, rozpoczynałam swoją przygodę ze sztuką dzięki Jackowi Hazuce, mojemu byłemu mężowi. Właśnie wtedy wpadłam na pomysł, by zająć się promocją tego, co on robi. Początkowo moja galeria promowała tylko i wyłącznie malarstwo Jacka. Kiedy jednak okazało się, że wpasowałam się z tym, co robię, w rynek francuski, postanowiłam pokazywać artystów z Polski, przywoziłam do Francji prace twórców z Warszawy, Gdańska, Poznania, Katowic, Opola, Łodzi, Rzeszowa, Wrocławia, tak naprawdę z całej Polski. Wtedy współpracowałam z kilkudziesięcioma artystami, teraz ta lista jest tak długa, że nie kończy się na stu nazwiskach. Jeśli chodzi o wystawy, na swoim koncie mamy ich ponad sto. W samym Millenium Hall zorganizowaliśmy dwadzieścia wystaw w ciągu trzech lat. Rok 2006 to oficjalne otwarcie Galerie DAgArt, wtedy jeszcze Promotion Artistique. Później nazwa ewoluowała, dzisiaj mamy Galerie DAgArt.

A od 2015 roku w Rzeszowie, w Millenium Hall, czyli tak naprawdę mamy galerię w galerii…

Dokładnie – w przeciwieństwie do Francji, gdzie moje galerie były usytuowane w miejscach uczęszczanych przez turystów. Czy to było w sercu Arras, czy na starówce Lille na wprost katedry Notre Dame de la Treille, to zawsze były miejsca wyjątkowe. Szczerze mówiąc, we Francji nigdy nie odważyłabym się otworzyć galerii w centrum handlowym. Kiedy jednak przyjechałam do Polski i wzięłam pod uwagę specyfikę miasta, tak piękny budynek jak Millenium Hall wydał mi się świetnym pomysłem na miejsce dla mojej galerii sztuki. Swoją wizję zaprezentowałam zarządzającym Millenium Hall i wszystko natychmiast poukładało się bardzo pozytywnie.

Przeniesienie galerii sztuki z Francji do Polski wydaje się dużym wyzwaniem, a co dopiero do Rzeszowa…

Nie ukrywam, że na pierwszy rzut oka może się to wydawać szalenie karkołomne. Długo zastanawiałam się, gdzie w Polsce powinnam otworzyć galerię sztuki. Na korzyść Rzeszowa przeważyło to, że to miasto bardzo dynamicznie się rozwijające, już w latach 2012-2013 Rzeszów był opisywany w prasie ekonomicznej jako jeden z najszybciej rozwijających się ośrodków w Polsce. Do tego brak konkurencji na rynku sztuki wręcz gwarantował powodzenie. Sądzę, że żaden marszand sztuki nie potrafi sobie wyobrazić tak dużego miasta jak Rzeszów bez galerii sztuki. Analizując te mniej zachęcające czynniki, zastanawiałam się, jaki jest powód braku komercyjnych galerii sztuki? Brak odbiorców, brak zainteresowania, brak „kultury zakupu sztuki”? To był najryzykowniejszy aspekt całego przedsięwzięcia. Na szczęście okazało się, że otwarcie galerii w Millenium Hall było strzałem w dziesiątkę i przekonaliśmy się o tym naprawdę szybko. Pozostał wniosek, że dotychczasowy brak galerii był po prostu zaniedbaniem, brakiem oferty na rynku. Nie ukrywam jednak, że najbardziej spektakularne sprzedaże to wciąż te do dużych miast Polski lub za granicę. Sprzedajemy do Australii, Kanady, Anglii, na Ukrainę, nawet do Japonii.

Jakie są największe podobieństwa i różnice prowadzenia galerii sztuki w Polsce i za granicą?

To akurat trudne pytanie. Zaczynając od różnic, na pewno francuska publiczność jest uczestnikiem życia kulturalnego tak po prostu, jakby to miała w genach. Francuzi są wychowywani w konieczności świadomego uczestnictwa w kulturze. Daje im to swobodę przebywania ze sztuką, otaczania się nią czy rozmawiania o niej. Wszystko to przekłada się na szacunek dla świata artystycznego. Sztuka współczesna traktowana jest jako ważna część dziedzictwa narodowego. Państwo francuskie metodycznie reguluje rynek sztuki współczesnej, proponując wiele mechanizmów wspierających obrót dziełami sztuki, kładąc nacisk na promocję sztuki współczesnej. Tak więc umożliwia firmom odpisywanie od podatku zakupów dzieł sztuki współczesnej, artyści zwolnieni są z podatku VAT, a ci, którzy przekraczają określony próg podatkowy, płacą jedynie 5,5%. Wszystko to sprzyja pozytywnej atmosferze wokół świata sztuki, który nie tylko jest odskocznią od szarej codzienności, ale poważnym biznesem oraz najbardziej wysublimowanym produktem wśród luksusowych dóbr materialnych. Francuskie galerie to wielopokoleniowe instytucje, mające swe siedziby na całym świecie, a inwestowanie w sztukę współczesną, tworzenie kolekcji prywatnych czy publicznych nie jest tematem tabu. Mało tego, spotkałam się z sytuacją, gdy na konferencji prasowej międzynarodowych targów sztuki, w których moja galeria brała udział, przedstawiciele banków sponsorujących organizację targów byli rozliczani z budżetów przeznaczonych na budowanie kolekcji sztuki. Padały precyzyjne pytania o kwoty przeznaczone w danym roku na zakup dzieł sztuki, żądano dokładnych wyjaśnień, czym podyktowane było ewentualne zmniejszenie budżetu przeznaczonego na ten cel. U nas tego nie ma. My, przez lata perturbacji politycznych, nie jesteśmy przystosowani do takiego podejścia do sprawy. To jednak się zmienia. Warszawscy biznesmeni coraz chętniej inwestują w sztukę oraz upubliczniają swe kolekcje. W większości warszawskich budynków w holach witają nas dzieła sztuki. Kolejną istotną różnicą jest to, że we Francji przede wszystkim podczas wernisaży kupuje się dzieła sztuki, a w Polsce przychodzi się tylko towarzysko. Oczywiście nie ma w tym nic złego, choć to trochę smutne. Kiedy pracowałam za granicą, zdarzało mi się sprzedawać kilkanaście obrazów na wernisażu. Do dziś pamiętam kolejkę osób kłócących się między sobą, kto który obraz kupi. Natomiast u nas artystów wciąż traktuje się trochę z przymrużeniem oka, tak, jakby im i ich bliskim nie należały się wygody tego świata. Jeśli chodzi o podobieństwa, zarówno w Polsce, jak i we Francji, trzy pierwsze lata działalności są strategiczne dla galerii sztuki. DAgArtowi w Rzeszowie te trzy lata minęły w tym roku. Właśnie szykuję się do szczegółowych podsumowań działalności galerii.  Mam nadzieję, że wypracowane strategie zaczną przynosić plony.

Czyli za granicą sprzedaż obrazów to niezły biznes, a Rzeszów jeszcze nie jest gotowy na inwestowanie w sztukę…

Rzeszów nie jest jeszcze idealnym gruntem pod sprzedaż sztuki, ale muszę się pochwalić, że prowadzę kilka kolekcji sztuki współczesnej dla podkarpackich biznesmenów. Są to osoby z elity biznesu, które regularnie przeznaczają określony budżet na sztukę. Ja natomiast apeluję do wszystkich, moja galeria w ramach konceptu  „Sztuka do Kwadratu", proponuje unikatowe dzieła sztuki znanych artystów już od 250 zł. Można więc nabyć bardzo dobre nazwisko za niewielkie pieniądze i utworzyć sobie prywatną kolekcję miniatur, a kiedyś podarować je dzieciom lub wnukom, albo cieszyć się wzrostem ich wartości rynkowej.   

Która z dotychczasowych wystaw cieszyła się największą popularnością?

Bezwzględnie naszymi hitami oglądalności i popularności są wystawy związane z Pop Artem, czyli Pop Now 1 i Pop Now 2. W przyszłym roku planujemy kolejną odsłonę. Te wystawy organizujemy co dwa lata i zapraszamy na nie największych artystów popartowych z całego świata. Każdorazowo pokazujemy największych mistrzów światowej klasy. W 2015 roku były to prace Andy’ego Warhola, w 2017 – dzieła Keiha Haringa. Jest to więc czołówka twórców, brakuje nam tylko Basquiata albo Lichtensteina w kolejnej odsłonie (śmiech). Ta wystawa to nasz największy hit. Odwiedza nas ponad 50 tys. osób, od przedszkolaków, przez studentów, po emerytów.

Wernisaże w DagArt wiążą się z przepełnioną galerią. To chyba rodzaj pozytywnego snobizmu, który się tutaj wykształcił…

Tak, lubię myśleć sobie, że to jest pozytywny snobizm i że potrzebujemy właśnie takich pozytywnych snobizmów w życiu codziennym i jego pędzie. Sztuka daje nam wytchnienie, moment zastanowienia się, kontemplację. Zwłaszcza w przypadku tak dobrych nazwisk jak Fogtt i Zoladek, gdzie mamy okazję zetknąć się z tak fascynującym myśleniem abstrakcyjnym. Zachęcam, bo są to artyści światowego formatu, należący do kanonu najważniejszych artystów w Europie.

Na jakiej podstawie dobierani są artyści, których prace prezentujecie?

Powiem szczerze, że jest to bardzo ciężki kawałek chleba, za który jestem odpowiedzialna. Bardzo trudno jest dostać się do mojej galerii. Codziennie mam propozycje od różnych artystów i to nie tylko z Polski. Jednak mając na barkach ciężar francuskiego doświadczenia uczestnictwa w europejskim rynku sztuki oraz udziału w kilkudziesięciu międzynarodowych targach sztuki współczesnej, mam świadomość wysokiej jakości, którą DAgArt musi prezentować. Staram się, by wybierani byli artyści najlepsi z najlepszych, niepowtarzalni, kontrowersyjni, wzbudzający emocje, a jednocześnie z uniwersalnym, zrozumiałym na całym świecie przesłaniem płynącym z ich sztuki. Nie dyplom jest dla mnie głównym wyznacznikiem, a profesjonalizm, z jakim artyści podchodzą do swojego fachu oraz to „coś” czego nie da się wypowiedzieć żadnymi słowami, „coś”, co sprawia, że nie można przestać myśleć o ich twórczości.

Jak można by urozmaicić przestrzeń Rzeszowa, wykorzystując sztukę?

Murale to na pewno świetny pomysł, ale to trochę za mało. Wciąż brakuje dobrej rzeźby, która budowałoby przestrzeń, która naznaczałaby nasze czasy i to, co dzisiaj, a nie tylko to, co było. Ubolewam też, że tak rzadko organizowane są mappingi, które są naprawdę fenomenalną formą spektaklu, interakcji sztuki z architekturą miasta. Chciałam kiedyś zrealizować projekt samodzielnie stojących witryn przeznaczonych do prezentacji dzieł sztuki: obrazów, fotografii, w przestrzeni miasta, na ulicach, deptakach, skwerach, itd. Byłaby to idealna sytuacja, kiedy sztuka dostępna byłaby na każdym kroku. Marzyło mi się również, aby Rzeszów jako ostatnie miasto Unii Europejskiej został kolebką, ambasadorem europejskiej sztuki współczesnej.

Jak wyobrażasz sobie DAgArt za 5 i za 10 lat?

Za 5 lat – bardzo chciałabym, aby koncept „Sztuka do Kwadratu” rozwinął się do tego stopnia, by można było realizować go w innych miastach niż Rzeszów. Myślę o przynajmniej pięciu minigaleriach, które będą sprzedawały tylko i wyłącznie „Sztuka do Kwadratu”. Natomiast DAgArt powinien mieć swe godne reprezentacje w najważniejszych ośrodkach kulturalnych w Polsce, mam tu na myśli Poznań, Wrocław i Warszawę. Do pięciu lat chciałabym również wystawić swą galerię na FIACu (Foire International d’Art Contemporain, czyli najważniejsze europejskie targi sztuki) w Paryżu. I kupić ciężarówkę do przewozu wielkoformatowych prac. Natomiast za 10 lat pozostanie mi do zrealizowania największe marzenie – siedziba DAgArtu w Chinach. I tak jak moja prywatna idolka, francuska marszandka polskiego pochodzenia, Magda Danysz, chciałabym sprzedawać sztukę w Szanghaju, Singapurze i Hong-Kongu, bo dobra sztuka nie zna granic, a moi artyści: Andrzej Fogtt, Maciek Wieczerzak, Ramona Zoladek i inni, dobrze komponują się z tym, co dzieje się na najważniejszej scenie sztuki współczesnej jaką stanowi obecnie Azja.

Rozmawiała MARIOLA SZOPIŃSKA-SĄDEK

Powrót na górę