Fot. Materiały promocyjne | Wywiadu udzielili (od lewej): Damian Kurasz, Grzegorz Samek, Adrian Adamski, Bartek Skiba, Paweł Skiba i Rafał Inglot Fot. Materiały promocyjne | Wywiadu udzielili (od lewej): Damian Kurasz, Grzegorz Samek, Adrian Adamski, Bartek Skiba, Paweł Skiba i Rafał Inglot

Mamy się dobrze

Rozmowa z zespołem My Bike, którego debiutancka płyta ukazała się w grudniu 2013 roku. Zespół tworzą muzycy znani z formacji Pectus oraz wokalista Paweł Skiba.

 

Skąd pomysł na nowy zespół w starym składzie i co z Pectusem od którego się nie odżegnujecie?

Cóż, artysta, by być autentyczny dla odbiorcy musi być autentyczny przede wszystkim dla siebie. Muzycznie i prywatnie. Po odejściu pierwszego wokalisty wydarzyło się wiele niesmacznych i niehonorowych rzeczy. Ktoś obcy nagle przejął nasz zespołowy dorobek i w dość bezczelny sposób wmówił społeczeństwu, że ma do tego prawo. My, dopóki nie zakończą się sprawy sądowe nie zamierzamy przyczyniać się do tego zamieszania, które zarówno źle świadczy o zespole jak i wprowadza w błąd słuchaczy. Nie chcieliśmy również być kojarzeni z repertuarem jakim dysponuje obecnie nasz były wokalista. Nagranie nowej płyty pod nowym szyldem było dla nas czymś poprawiającym higienę psychiczną i to była dobra decyzja.

 

W jakich okolicznościach doszło do Waszej współpracy z Pawłem Skibą i czy będzie to dłuższy projekt niż ten z Filipem Moniuszko?

Projekt z Filipem był z założenia przedsięwzięciem jednosezonowym. Jesteśmy zadowoleni z tej współpracy. Paweł Skiba: Poznaliśmy się przez naszego wspólnego znajomego Sławka Gładyszewskiego, realizatora dźwięku zespołu. Sławek po usłyszeniu mnie dał znać chłopakom. Wysłałem nagranie, spotkaliśmy się, przypadliśmy sobie do gustu i nawiązaliśmy współpracę. Stwierdziłem że „dam im szansę” (śmiech)

 

Jak wyglądała praca nad płytą? Ponoć odbywała się w specyficznych warunkach.

Wynajęliśmy studio z dala od cywilizacji, można powiedzieć w głuszy, wszystko po to, by się nie rozpraszać i skupić się wyłącznie na muzyce. Wyglądało to mniej więcej jak rodzinne wczasy, z tą tylko różnicą, że zamiast leniuchowania było mnóstwo pracy. Zdecydowaliśmy się nie wyjeżdżać stamtąd dopóki ślady nie będą gotowe. Żyliśmy jak w rodzinie; jeden z nas robił zakupy, ktoś inny gotował, a jeszcze inny zmywał. Było mnóstwo zabawnych chwil i sporo śmiechu. Świetnie też dopasował się do zespołu nasz współproducent i przyjaciel, Sławek Gładyszewski. Miał on ogromny wpływ na atmosferę i tempo pracy. W zasadzie nie było takiej pory w ciągu doby kiedy nie moglibyśmy pracować.

 

Nagranie nowej płyty pod nowym szyldem było dla nas czymś poprawiającym higienę psychiczną i to była dobra decyzja. Teraz jesteśmy dojrzalsi, bogatsi w doświadczenia. Płyta My Bike jest dokładnie taka jaką chcieliśmy nagrać.

 

Jak oceniacie odbiór nowej płyty? Czy ciężko jest wystartować z nowym projektem, z nową nazwą?

Rzeczywiście borykamy się z tym, że część dziennikarzy i słuchaczy patrzy na nas przez pryzmat zespołu Pectus. Nie chcemy się od tego odcinać. Nie wstydzimy się tego, jest to wiele lat naszej wspólnej pracy, którą wykonywaliśmy z pasją i zaangażowaniem, natomiast nie chcemy jako My Bike być porównywani. Nową płytę nagraliśmy zgodnie z tym co nam w duszy gra. Jest efektem wielu godzin prób, nagrań, sugestii ze strony zaufanych ludzi. Jest to płyta dojrzała. Nikt nas nie zmuszał do jej nagrania, nikt nie naciskał. Kiedy nagrywaliśmy pierwszą płytę Pectusa nagroda „Słowika Publiczności” niejako wymuszała na nas szybkie nagranie płyty. Borykaliśmy się też z nie do końca obiektywną selekcją utworów ze strony wytwórni. Teraz jesteśmy dojrzalsi, bogatsi w doświadczenia. Płyta My Bike jest dokładnie taka jaką chcieliśmy nagrać. Niektórzy chcąc nam dogryźć mówią „ta płyta pachnie Pectusem”, mówią że niewiele odeszliśmy od tego klimatu a my uważamy to za swój atut. Cieszymy się, że pomimo wielu zmian i upływającego czasu udało nam się zachować nasz klimat i charakterystyczne brzmienie.

 

Jak doszło do Waszej współpracy z Gordonem Haskellem, z którym nagraliście utwór „Wounded Tiger”?

Nasz gitarzysta Damian Kurasz już od 10-ciu lat gra z Gordonem na jego polskich trasach. Pewnego dnia zapytał go czy nie chciałby zaśpiewać piosenki z fajnym polskim zespołem. Zgodził się. Podczas pobytu w Polsce między koncertami nagrał swój wokal. Dla nas to ogromna nobilitacja. W czasach kiedy mediami rządzi tandeta i sensacja współpraca z takim profesjonalistą to idealna okazja do rozwoju w pełnym tego słowa znaczeniu. Ten kompletny brak gwiazdorstwa, a zarazem poważne podejście do młodszych i mniej doświadczonych artystów jest dziś czymś zupełnie wyjątkowym. Gordon to świetny skromny człowiek. Pracuje na 100%. Przy nagrywaniu klipu był w pełni dyspozycyjny, profesjonalny i chętny do pomocy. Podczas wspólnego koncertu w Krakowie okazał się też człowiekiem pełnym humoru i dystansu do siebie. Nagraliśmy koncertowy obrazek do ,,Wounded tiger‘, jest dostępny na You Tube.

 

Czy nie ciągnie Was w kierunku Warszawy? Ciężej jest funkcjonować na rynku będąc z dala od stolicy?

Oczywiście Warszawa jest centrum medialnym i promocyjnym i chcąc pojawiać się w ogólnopolskich telewizjach czy stacjach radiowych trzeba tam jeździć ale zanim do tego dojdzie, wszystkie inne rzeczy można załatwiać droga elektroniczną, a muzykę nagrywać na miejscu. Paweł mieszka w Warszawie i jest „naszym człowiekiem” w tym mieście. Nie jesteśmy też już nowicjuszami i w poprzednich latach nawiązaliśmy kontakty, które pozwalają nam kierować pewnymi sprawami z Rzeszowa. Tutaj jesteśmy zadomowieni, w naszym studiu czujemy spokój i komfort pracy.

 

Jak będzie wyglądać dalsza promocja płyty i jakie są Wasze muzyczne plany?

Dalej będziemy poruszać się w klimatach, które tworzymy od początku. To się sprawdza. Jest prawdziwe i szczere. Nie wykluczamy wplatania w naszą twórczość różnych muzycznych nowinek. Promocja płyty idzie swoim torem. Ludzie związani z branżą twierdzą, że płyta jest naprawdę dobra. Byliśmy bardzo usatysfakcjonowani kiedy Marek Niedźwiecki zaprezentował nasz utwór w swojej audycji „Markomania” na antenie Trójki i opatrzył go pozytywnym komentarzem. W ostatnim tygodniu lutego w Polskim Radiu Rzeszów nasz krążek był płytą tygodnia a słuchacze dostrzegli na niej tyle singli ile utworów. To było miłe. Redaktor Owsiak zawsze potrafił wesprzeć promocję rodzimej twórczości. Darzymy go ogromnym szacunkiem bo to prawdziwy dziennikarz i czystej krwi meloman. Wkrótce pojawi się klip do kolejnego singla z płyty, a w przyszłym roku pewnie kolejna płyta. Zamierzamy również bliżej współpracować z miejscowymi władzami i w miarę możliwości przyczyniać się do promowania Rzeszowa tak jak to robiliśmy od Festiwalu w Sopocie.

 

Wywiadu udzielili:

Bartek Skiba, Grzegorz Samek, Damian Kurasz, Adrian Adamski, Rafał Inglot, Paweł Skiba.

Rozmawiał Bartłomiej Skubisz

 

 

Powrót na górę