Patryk Kaflowski Patryk Kaflowski

Muzyczne migracje Tomka Nowaka

MA NA KONCIE WSPÓŁPRACĘ Z TAKIMI TUZAMI POLSKIEJ SCENY JAZZOWEJ JAK LESZEK MOŻDŻER, JAROSŁAW ŚMIETANA, CZY ZBIGNIEW NAMYSŁOWSKI. OD 2003 WYSTĘPUJE I NAGRYWA U BOKU EKSCENTRYCZNEGO, BRYTYJSKIEGO SKRZYPKA NIGELA KENNEDY. NIEDAWNO ZAŚ POSZERZYŁ SPEKTRUM SWOICH ARTYSTYCZNYCH POSZUKIWAŃ O WSPÓŁPRACĘ Z RZESZOWSKIM RAPEREM ESKAUBEI, KTÓREJ REZULTAT OBJAWIŁ SIĘ ŚWIATU 10 KWIETNIA POD POSTACIĄ WSPÓLNEGO ALBUMU KWARTETU TOMKA NOWAKA I ESKAUBEI PT. „BĘDZIE DOBRZE”.

 

Ukończyłeś Akademię Muzyczną w Katowicach w klasie Piotra Wojtasika. Jak z perspektywy czasu oceniasz swoją edukację na tej renomowanej muzycznej uczelni? Czy jej dyplom jest swoistym gwarantem dobrego początku muzycznej kariery, czy to tak naprawdę dopiero początek niepewnej i bardzo mozolnej drogi?

Sugerowałbym tutaj opcję drugą (śmiech). Tak naprawdę w świecie artystycznym nie ma recepty, nie ma przepisu na sukces i dla młodego muzyka studia na nawet tak dobrej uczelni, to przede wszystkim okres bardzo wytężonej pracy, czerpania ile tylko się da od różnych wykładowców, nie tylko od wykładowcy instrumentu głównego. Innymi słowy, na studiach otrzymuje się porcję wiedzy, z której potem korzysta się przez całe życie. Ale w rzeczywistości i tak dalszy przebieg muzycznej drogi zależy tylko i wyłącznie od ciebie.

Jesteś laureatem wielu nagród i wyróżnień na jazzowych festiwalach, jak np. Jazz Juniors czy Międzynarodowego Festiwalu Standardów Jazzowych w Siedlcach. Czy tego typu doświadczenia w jakiś istotny sposób wpływają na rozwój młodego muzyka, czy w rezultacie stanowią „tylko” kolejny punkt w muzycznym CV?

Wydaje mi się, że jest to bardzo ważny etap w karierze każdego młodego artysty. To rodzaj konfrontacji z innymi muzykami, z rówieśnikami, pozwalający zobaczyć co się dzieje
w środowisku muzycznym danej generacji. Z pewnością jest to także ważne ze względu na możliwość nawiązywania kontaktów, często rodzą się przyjaźnie, znajomości owocujące zaproszeniem do różnych składów. Istotna jest także aprobata dla tego co się robi. Jeżeli zostanie się dostrzeżonym na jakimś konkursie, pozytywnie ocenionym, to wtedy młody człowiek otrzymuje zastrzyk motywacji do dalszej pracy. Na ogół także w jury takich konkursów zasiadają czynni, wybitni muzycy i dla młodego, zdolnego adepta jazzu jest to idealna okazja, aby się przed takim szacownym gronem zaprezentować, co w rezultacie może zakończyć się nawet zaproszeniem do współpracy.

https://www.youtube.com/watch?v=zgzX7ihrTRA&feature=youtu.be

 Który z muzyków z jakimi miałeś sposobność współpracować, wywarł na Tobie największe wrażenie? Jak doszło do Twojej współpracy z Nigelem Kennedym i muzykami Amy Winehouse?

Przez lata mojej działalności artystycznej zetknąłem się z wieloma fantastycznymi osobowościami muzycznymi i naprawdę trudno jest mi wskazać jedną osobę. Na pewno spotkanie wiele lat temu z Leszkiem Możdżerem było dla mnie w tamtym czasie czymś bardzo ważnym. Udało nam się doprowadzić do sytuacji, że zagraliśmy z kolegami w pierwszej części koncertu Leszka w Filharmonii Krakowskiej, podczas recitalu w którym prezentował on repertuar oparty na muzyce Chopina. Leszek Możdżer wystąpił gościnnie podczas naszego wykonu, a wcześniej na próbie udzielił nam kilka naprawdę cennych wskazówek odnośnie brzmienia naszego zespołu, aranżacji itp. Równie ważne było moje zetknięcie się z nieżyjącym już niestety Jarkiem Śmietaną, który był fenomenalnym muzykiem, wspaniałym kompozytorem i wielką osobowością muzyczną, której bardzo nam brakuje. Jeśli chodzi o Nigela, to nasze spotkanie było dość przypadkowe, kiedy w jednym z krakowskich klubów grałem podczas nocy sylwestrowej. Nigel zasugerował, żeby już następnego dnia zagrać jam session, do którego pomimo moich obaw doszło i czego efektem było zaproszenie mnie do składu zespołu Nigela, jeszcze z Jarkiem Śmietaną, Joachimem Menclem, Adamem Czerwińskim i Tomkiem Kupcem. Dzięki współpracy z Nigelem Kennedym, udało mi się wystąpić w tak prestiżowych miejscach, jak np. Royal Albert Hall w Londynie. Muzyków Amy Winehouse poznałem będąc w Londynie w czasie, kiedy nie była ona jeszcze tak znana. Miałem wówczas okazję widzieć ją na kilku koncertach.

Jak doszło do Twojej współpracy z Eskaubei?

Poznaliśmy się za pośrednictwem Zbyszka Jakubka, podczas kręcenia klipu promocyjnego do – jak się później okazało, bardzo udanej imprezy – Art Celebration pt. „Jazz&Hip-Hop”, która odbyła się w Rzeszowie. Eskaubei rapował wtedy do utworu „Pogadajmy”. Następnie, mieszkając już w Rzeszowie, chciałem wykorzystać potencjał tego miasta i zaproponowałem Bartkowi współpracę.

Jak wyglądał proces tworzenia materiału zawartego na „Będzie dobrze”? Czy odbywało się to na - esencjonalnej przecież dla muzyki jazzowej - wzajemnej interakcji, czy może Eskaubei rapował do fragmentów muzyki, która powstała wcześniej?

Muzyka, która finalnie dotrze do odbiorców, jest jak najbardziej efektem tej właśnie interakcji. Niemniej jednak ciężar komponowania i przygotowanie ogólnych zarysów tego materiału wziąłem na siebie ja, zanim jeszcze wyklarował się układ personalny projektu. Szkice powstawały w moim studiu i tak naprawdę ostateczna forma muzyki zawartej na „Będzie dobrze” niewiele od nich odbiega. Eskaubei przyjeżdżał do mojego studia z gotowymi tekstami do muzyki, która ostateczną postać przybierała na próbach już z całym zespołem. Materiał został zarejestrowany na tzw. „setkę” i wydaje mi się, że udało nam się uchwycić w tym atmosferę muzyki wykonywanej live.

https://www.youtube.com/watch?v=SISJ2c3LZ2s&feature=youtu.be

Jaki jest odbiór „Będzie dobrze” na żywo?

 Odnoszę wrażenie, że to co było naszym zamiarem, czyli dotarcie z muzyką jazzową do szerszego grona publiczności, zakończyło się powodzeniem. Na koncertach jest tak, że nawet ludzie, którzy na co dzień nie słuchają muzyki jazzowej lub hip-hopu, bardzo dobrze przyswajają prezentowaną przez nas formułę, reagują spontanicznie i po prostu uczestniczą w koncercie, co jest bardzo fajne, ponieważ muzycy zawsze zależni są od publiczności. Bo odbywa się to na tej zasadzie, że my coś publiczności dajemy, równocześnie odbierając coś od niej. Na wszystkich dotychczasowych koncertach energia była duża.

Od pewnego czasu jesteś mieszkańcem Rzeszowa. Czy to miasto ma jakiś swoisty genius loci, czynnik który wpływa na Twoją muzykę?

Rzeczywiście, od 6 lat mieszkam w Rzeszowie. Żyje mi się tutaj bardzo dobrze, po kilku latach spędzonych w Londynie doceniam spokój, jaki daje mi Rzeszów. Właśnie mieszkając już w Rzeszowie uświadomiłem sobie, że nie można całe życie grać jako sideman,  że trzeba wreszcie zacząć pracować pod swoim nazwiskiem.

Rozmawiał DANIEL KOWALCZYK

 

Powrót na górę