Fot. Archiwum zespołu Fot. Archiwum zespołu

Le Moor - Puszczamy oko do słuchacza

Rozmowa z Dorianem, wokalistą i liderem kolbuszowskiego zespołu Le Moor, który w listopadzie, po 8 latach działalności, wypuścił swój pierwszy oficjalny krążek „Komunikat”.

 

2013 był chyba dla Was udanym rokiem? Ponad 20 koncertów, nowa płyta, kilka klipów, no i kolejne urodziny zespołu...

To był rzeczywiście szalony rok. Na początku lutego wyjechaliśmy do malowniczej Wilczej Woli, gdzie wynajęliśmy dom myśliwski, w którym przez tydzień mieszkaliśmy, a przy tej okazji cały czas pracowaliśmy nad materiałem na płytę. Do studia nagrań udałoby się wejść wcześniej, ale ciągle rozbrzmiewały telefony z propozycjami grania. A dla muzyka nie ma nic piękniejszego niż granie koncertów, więc koniec końców, nagrywać zaczęliśmy w sierpniu. Trochę to wszystko trwało, ale z terminami wyrobiliśmy się idealnie na styk. Przed koncertem urodzinowym zdążyliśmy jeszcze nagrać teledysk. Płyta z tłoczni trafiła w nasze ręce jednak kilka dni za późno, ale być może to jest powód do tego, by zorganizować jeszcze jeden premierowy koncert w naszym miasteczku (śmiech)?

 

Opowiedz proszę o najnowszym albumie „Komunikat”.

To nasz pierwszy longplay i jest chyba takim podsumowaniem działalności kapeli. Celowo na płycie umieściliśmy trzy starsze, aczkolwiek bardzo ważne dla nas, piosenki. „Komunikat” to płyta trochę o przemijaniu, trochę o Polsce i trochę o nas - Polakach. Generalnie, kiepski ze mnie pijarowiec, a z marketingiem idzie mi jeszcze gorzej, kiedy mam opowiadać o czymś, co jest moje, więc nie wiem, jak zachęcić słuchacza do sprawdzenia. Albo wiem: „Komunikat” należy sprawdzić dlatego, że przez ponad pół godziny puszczamy do słuchacza oko. A ten słuchacz to taka sama osoba jak ja i Ty. Przesądny Polak, trochę narzekający, trochę przygnębiony, bezwzględnie cyniczny w odniesieniu do innych, ale i do siebie. Potrafimy się śmiać z innych, ale nade wszystko - potrafimy się śmiać z siebie. Za to lubię nas jako naród. Chyba o tym jest ta płyta.

 

Dlaczego dopiero w 8. roku działalności grupy udało Wam się wydać pełnowymiarowy, oficjalny album?

Ja myślę, że dobrze się stało, że ten album ukazał się właśnie teraz. Jak zaczynaliśmy grać, to żaden z nas nie wiedział, jak trzyma się gitarę, nie mówiąc o graniu. Ale byliśmy uparci i zacięci jak mało kto. Przez cały okres działalności Le Moor dojrzewał do tego, by nagrać tę płytę. Jest piękna, brzmi pysznie i jesteśmy z niej dumni. Gdybyś przyszedł na naszą pierwszą próbę i zobaczył, cośmy tam wyrabiali, to nigdy byś nie powiedział, że my wyjdziemy w ogóle poza ten garaż, w którym się tłukliśmy. Serio.

 

Wiele mówi się o Waszej znajomości z Kazikiem i Kultem. Graliście razem, supportowaliście Kult na „Pomarańczowej Trasie”. Skąd ta znajomość?

To nie jest tak, jak sobie wszyscy wyobrażają. Często przy okazji różnych koncertów jestem pytany o to, jak się pije wódkę z Kazikiem. A myśmy się może tylko raz napili na okoliczność koncertu El Dupy. Od dziecka byłem aktywnym dyskutantem na forum internetowym dyskusje.pl, gdzie znajdował się dział dotyczący twórczości Kazika i za pośrednictwem tej grupy dyskusyjnej właśnie poznałem Piotrka Wieteskę, menedżera Kultu, i Irka Wereńskiego, basistę Kultu. Potem spotykaliśmy się na koncertach. Gdzieś w międzyczasie powstał Le Moor i po paru latach naszego grania zapytałem o możliwość jednego występu z zespołem Kult. Piotrek się zgodził, więc zagraliśmy. A potem to już grywaliśmy regularnie. Nawet w tym roku zdarzyła się taka sytuacja, że menago Kultu zadzwonił z zapytaniem, czy byśmy nie pojechali do Dąbrowy Górniczej, bo potrzebny jest drugi zespół na tej imprezie. Oczywiście - zgodziliśmy się (śmiech). Występy na „Pomarańczowej Trasie” Kultu bardzo nam pomogły. Dotarliśmy do takich odbiorców, do których pewnie długo nie udałoby się dotrzeć. A tu nam chłopaki otworzyli drogę na skróty. Poza tym wydaje mi się, że mogliśmy tyle pograć z zespołem Kult przez naszą postawę. Zawsze byliśmy na czas, nie właziliśmy im do garderoby, nie prosiliśmy o autografy i zdjęcia, staraliśmy się w ogóle im nie przeszkadzać. Więc może jakaś ta sympatia i aprobata wynikała właśnie z tego, że my jesteśmy skromnymi chłopakami z Kolbuszowej.

 

Czy zespół z Kolbuszowej ma bardziej „pod górkę” ze wszystkim niż np. zespół z Rzeszowa, czy oba takie zespoły mają bardziej pod górkę niż zespoły z Warszawy czy Wrocławia?

Ma mamy lepiej niż zespół z Rzeszowa, bo mamy wszędzie bliżej o 30 km. No, tylko w Bieszczady dalej (śmiech). A tak poważnie, to rzeczywiście tak jest, że składy z Podkarpacia mają wszędzie daleko. A to poważna przeszkoda, bo koszty związane z dojazdem nagle potęgują problemy, których zespoły muzyczne i tak nie mają mało. Ale wielkiej różnicy pomiędzy Kolbuszową a Rzeszowem nie widzę. Zresztą, teraz większość z nas mieszka w Rzeszowie. Nawet jedną salę prób mamy w Rzeszowie, Pod Palmą.

 

Jak wyglądają Wasze muzyczne plany na przyszłość? Promocja albumu? Koncerty?

Jeszcze w tym roku chcemy nagrać drugi teledysk promujący album. Niedawno naszemu saksofoniście urodziła się córka. Damy mu chwilę spokoju, ale już od początku roku chcielibyśmy jak najwięcej grać. Nie ma lepszej promocji dla płyty niż koncerty. Kilka sztuk mamy już umówionych. Wszystko należy sprawdzać na naszej stronie internetowej (http://www.lemoor.pl) i na facebooku (http://www.facebook.com/lemurowcy).

Rozmawiał Bartłomiej Skubisz

Powrót na górę